niedziela, 31 lipca 2016

Mini włoskie wakacje: Co zobaczyć w jeden dzień w Weronie?


Mediolan i Weronę dzielą dwie godziny drogi autokarem. Jak przystało na nisko budżetówkę, swoje bilety wyszukałyśmy na stronach tanich linii autokarowych, które funkcjonują na terenie Włoch. W jedną stronę jechałyśmy Mega Busem, w drugą na Flix Busem, a za bilety zapłaciłyśmy całe 50 PLN za osobę w obie strony. Początkowo miałyśmy problem z decyzją, które połączenia autokarowe wybrać, bo kompletnie nie miałyśmy pojęcia ile czasu może zająć nam zwiedzanie Werony. Ostatecznie doszłyśmy do wniosku, że siedem godzin w mieście miłości to za mało czasu i zdecydowałyśmy się na połączenie powrotne o... drugiej w nocy. 'Maj, Włochy, ciepło będzie, fajnie będzie, damy radę' naiwnie myślałyśmy, a akurat jak na złość dzień, w którym miałyśmy swoją wycieczkę, był raczej chłodny, wieczorem zrobiło się jeszcze mniej przyjemnie. Nasza zachłanność co do zwiedzania Werony skończyła się na nocnym koczowaniu na dworcu, które było istną męczarnią, bo po całodziennym chodzeniu po mieście, padałyśmy z nóg. Dodatkowo po powrocie do Mediolanu o godzinie czwartej rano, okazało się, że pierwsze metro jedzie dopiero o godzinie szóstej... Mój morał z tej historii jest taki: nigdy nie wybierajcie nocnych połączeń powrotnych. I tutaj zdecydowanie zaznaczam, że kilka godzin jest czasem wystarczającym, żeby spokojnie, bez pośpiechu, całkowicie pieszo zwiedzić Weronę. Jeśli więc wybieracie się na jeden dzień do tego miasta, ten post może być dla Was przydatny. Zapraszam :)



PIAZZA DELLE ERBE (PLAC ZIÓŁ)

Pierwszym punktem na mapie naszego zwiedzania został Plac Ziół, który został naszym punktem odniesienia w całej wycieczce. Stąd rozchodzi się wiele ulic, prowadzących z kolei do poszczególnych atrakcji, a plac sam w sobie jest przeuroczy. Głównym elementem, który zwraca naszą uwagę jest fontanna Madonna Verona, zaraz potem czarują nas okalające ryneczek kamienice i budynki w malowniczych wzorach i kolorach. Dodatkowo niepowtarzalnego klimatu dodają placowi malutkie stragany, pełne pamiątek takich jak kartki, magnesy, biżuteria, pomiędzy którymi przechadzają się masy turystów.







CASA DI GIULIETTA (DOM JULII)

Zaraz po Piazza delle Erbe postawiłyśmy na gwóźdź programu, czyli sławny dom Julii i jeszcze bardziej sławny balkon. Z Placu Ziół dotrzemy tam bez problemu, bo droga jest niesamowicie prosta, jednak my jak zawsze się nieco zagubiłyśmy, ale mapa uratowała sytuację. Swoją drogą myślę, że takie piesze zwiedzanie z mapą jest najlepsze, z racji tego, że chodząc po mieście, czasem może gubiąc się, można zobaczyć najciekawsze miejsca. Dom Julli dało się poznać już z daleka, bo przed wejściem do bramy, która zaś prowadzi na dziedziniec, gdzie znajduje się balkon, kłębiły się istne tłumy. Jeszcze gorzej było w bramie, gdzie turyści gnietli się jak sardynki w puszcze - to zdecydowanie był najmniej przyjemny punkt wycieczki, nie znoszę takich tłumów. Kiedy jednak w końcu udało nam się przejść przez bramę, której ściany notabene co do milimetra kwadratowego zapisane są wyznaniami miłosnymi, naszym oczom ukazał się upragniony balkon oraz posąg Julii. Wieść głosi, że aby mieć szczęście w miłości, należy chwycić pomnik za pierś. Dodatkowo murek za posągiem zaklejony był tysiącami próśb do Julii, pisanych na czym popadnie: kartki, karteczki, paragony - wszystko, byle tylko poprosić Julię o wsparcie w sprawach sercowych.







ARENA DI VERONA (KOLOSEUM)

Spod domu Julii postanowiłyśmy przespacerować się na Piazza Bra, gdzie znajduje się koloseum. Dreptając w kierunku kolejnego punktu na naszej mapie zwiedzania, miałyśmy okazję zobaczyć przytwierdzony do ziemi rzut całego miasta, a ulica którą szłyśmy, była w moim odczuciu bardzo ekskluzywna, wyłożona kamiennymi płytami (podobne u nas spotyka się w architekturze sakralnej np. posadzki kościołów), a wzdłuż znajdowały się drogie butiki np. Prady, Gucciego czy Dolce&Gabbana. Koloseum w Weronie to trzecie co do wielkości budynkiem tego typu w całych Włoszech, a co ciekawe amfiteatr ten nadal jest czynny i odbywają się w nim różne imprezy kulturalne. Obok budynku znajduje się przyjemny skwerek z dużą ilością zieleni i tam postanowiłyśmy zrobić sobie małą przerwę na posiłek i relaks oraz... złapanie WiFi.






TOMBA DI GIULIETTA (GRÓB JULII)

Idąc śladami szekspirowskiego dramatu, trafiłyśmy w miejsce, gdzie znajduje się grób Julii. Na wejściu przywitało nas popiersie Szekspira i cytat jego autorstwa. Do samego muzeum, którego elementem był wspomniany już grób Julii, prowadził korytarz z pergoli. Samo muzeum było płatne i my ze względu na to, że był to przedostatni już dzień naszego pobytu we Włoszech, nie zdecydowałyśmy się go zwiedzić, dlatego tutaj nie podpowiem Wam czy warto. Myślę jednak, że gdyby nie fakt, że byłyśmy wtedy już bliskie limitu naszego wakacyjnego budżetu, zwiedziłybyśmy to miejsce, choćby dlatego, żeby zobaczyć grób.





CMENTARZ

Kolejne miejsce może wydać się Wam dość... dziwne, bo po co wchodzić na cmentarz? Może należę do dziwnej grupy ludzi, jednak cmentarze są dla mnie niesamowicie ciekawe, jeśli tak mogę to ująć. To, że ciekawią mnie/nas cmentarze, mogliście już zauważyć przy okazji postu z Pragi, bo wtedy również odwiedziłyśmy cmentarze. Cmentarz w Weronie zrobił na mnie ogromne wrażenie już od wejścia. Zaskakujące jest to, jak bardzo różni się on od naszych cmentarzy - inna architektura, inny układ i niesamowita, niesamowita atmosfera. Pobyt w tamtym miejscu był chwilą wyciszenia, zatrzymania się, zastanowienia, a nawet i na chwilę zrobiło się filozoficznie! Jeśli ujmują Was takie miejsca to naprawdę polecam tam zajrzeć. Dodam, że oczywiście nie było cmentarza w planie naszej wycieczki - trafiłyśmy tam przypadkowo i początkowo, sądząc po architekturze, myślałyśmy, że to teatr lub biblioteka.






GIARDINO GIUSTI (OGRODY WERONY)

Najpierw muszę napisać, że jest to po prostu najpiękniejsze (zaraz po jeziorze Como, o którym opowiem Wam w kolejnym poście z Włoch) miejsce na Ziemi. Jest to pewien rodzaj parku, pełnego zieleni i ciszy. Nigdzie wcześniej nie słyszałam takiego śpiewu ptaków, jak tam. Przekraczając bramę ogrodów, wkraczamy jakby w inny świat - szum wody spływającej w fontannach, mnóstwo drzew i krzewów, w tym drzewek cytrynowych, co było zaskakującym doświadczeniem, bo w końcu cytryny? Na drzewie? Takie cytryny ze sklepu?! Szok, jakbyśmy wyszły z dziczy. Kolejne zaskoczenie - fontanna pełna żółwi. Po chwili spędzonej z tymi przemiłymi stworzonkami, ruszyłyśmy dalej, w kierunku schodów znajdujących się na końcu ogrodów. Po chwili wędrówki dotarłyśmy na samą górę wzgórza, skąd rozciągnął się niesamowity widok nie tylko na park, ale także na przepiękną panoramę ceglanych dachów Werony. Tutaj zdecydowałyśmy się także odpocząć sobie, położyć się, wsłuchać się w śpiew ptaków i to był najlepszy relaks jakiego doświadczyłam. Koniecznie tam zajrzyjcie!















INNE

Po wyjściu z ogrodów po prostu szłyśmy spacerem gdzie nas poniosły nogi. Idąc brzegiem rzeki doszłyśmy do malowniczej uliczki, która prowadziła w górę i postanowiłyśmy nią pójść. Kolejny raz udało nam się wspiąć na bliżej niezidentyfikowane wzniesienie, skąd znów podziwiałyśmy po piękną panoramę miasta. Kiedy zeszłyśmy z powrotem, spacerowałyśmy luźno po mieście, zwiedzając jego zakamarki. Swoją wędrówkę zakończyłyśmy gdzieś w centrum Werony, orientując się, że o godzinie 19/20 wszystko tam zostaje zamknięte, miasto cichnie i życie gdzieś ulatuje. Było to dla nas niemiłe zaskoczenie, tym bardziej, że do naszego busa powrotnego do Mediolanu zostało wtedy jeszcze kilka ładnych godzin. Zatem powrót nocnymi połączeniami, był najgorszym pomysłem, na który mogłyśmy wpaść.









CZY WARTO?

Myślę, że warto. Werona to śliczne, urocze, pełne włoskiego klimatu miasteczko. Jeśli tylko jesteście we Włoszech i macie jakąkolwiek możliwość zahaczenia o to miasteczko, polecam, choć nie zrobiło ono na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Faktem jest jednak, że do zwiedzania jest bardzo wdzięczne i szybkie, więc nie trzeba poświęcać tutaj nawet całego dnia, bo wystarczy tak naprawdę parę godzin. Niemniej jednak, mimo dużych oczekiwań, Werona nie do końca spełniła moją wizję o niej samej.

sobota, 9 lipca 2016

Stylizacje: Marmurki z wysokim stanem i sportowa bluza

W ostatnim czasie dość sporo zmieniło się w moim życiu, dość sporo wciąż się zmienia, a kolejne zmiany dopiero nadchodzą. Po pierwsze właściwie skończyłam moje studia licencjackie - właściwie, bo została jeszcze obrona mojej pracy, która krótko mówiąc jeszcze nie istnieje. Po drugie nieco pozmieniało się w mojej pracy. Po trzecie idę trochę do przodu jeśli chodzi o moje marzenia, choć przyznam szczerze, że nie aż tak bardzo jak bym tego chciała. Po czwarte zmieniam nieco swój tryb życia, ale o tym nie chciałabym się tutaj zbytnio na razie rozwodzić, bo nie chcę zapeszać. Z kolei koniec lata przyniesie następne spore zmiany, na które już teraz mentalnie się szykuję. Życie mnie zadziwia, tak szczerze i za każdym razem coraz bardziej. W parę dni, tygodni, wszystko potrafi obrócić się o 180 stopni, zmienić swój bieg. Czasem z pozoru przypadkowe rzeczy potrafią sprawić, że odnajdujemy coś, czego nie mogliśmy znaleźć od dawna. I odnajdujemy to tam, gdzie nigdy byśmy się tego nie spodziewali!
I tak, po filozoficznym wstępie, przedstawiam swój prosty, codzienny zestaw. Stylizacja typowo na sportowo, na wygodnie, bo tak lubię najbardziej. Być może mogłabym tu teraz wrzucać zdjęcia w sukienkach, szpilkach i żakietach, ale niestety - charakter mojej pracy sprawia, że zazwyczaj stawiam przede wszystkim na wygodę. Nie, nie przechadzam się w długich spodniach i długich rękawach na plus trzydzieści, tutaj akurat trafiłam na chłodniejszy dzień. W tej stylizacji najbardziej zadowolona jestem ze spodni, bo idealnych marmurek, zapinanych jak klasycznie spodnie, a nie na gumce, szukałam naprawdę długo. Do nich dorzuciłam prostą bluzę z nadrukiem i jedne z moich ulubionych butów od MERG, które kupiłam jeszcze głęboką zimą. Kiedy przyszła paczka z tymi butami, śmiałam się sama z siebie, ale wiedziałam, że jeśli wtedy ich nie zamówię, to w okresie wiosenno-letnim już ich nie dostanę po zejdą jak świeże bułeczki.









buty: MERG
spodnie: vinted
bluza: mckenzie / second hand
zegarek: niobos
torba: h&m / second hand

zdjęcia: MaBaKo ♥

niedziela, 26 czerwca 2016

Mini włoskie wakacje: Mediolan i Bergamo

Dziś ruszam z nieco zmienioną formułą postów o podróżach. Już od dawna myślałam jak ugryźć ten temat, żeby posty o moich wyjazdach nie były litym opisem moich wrażeń, ale także formą małego przewodnika, garstką praktycznych informacji. Myślę, że podział posta na pewne konkretne części pozwoli trochę łatwiej się w tym odnaleźć, a część praktyczna pozwoli na odnalezienie istotniejszych informacji tym, którzy może w przyszłości zechcą się wybrać w miejsca, które opisuję. Myślę, że formuła tych postów może ulegać jeszcze zmianie, ale wydaje mi się, że już od dziś będzie nieco bardziej przyjazna. :)

SŁOWEM WSTĘPU

Na wstępie zaznaczę, że to będzie jeden z trzech wpisów jakie mam w planach na temat Włoch, z racji tego, że był to wyjazd pięciodniowy i nie skończył się na samym Mediolanie, bo udało nam się także zobaczyć jezioro Como, a także miasto zakochanych - Weronę. Nie zdziwcie się więc, jeśli charakter wpisu wyda Wam się nieco ogólny, ponieważ Mediolanu i Bergamo, o których dziś będę pisać, nie miałyśmy okazji zwiedzić tak dokładnie, jak chciałyśmy, co wynikło z kilku czynników, ale zaczynając od początku... Jak to zwykle bywa w przypadku mnie i mojej wiernej towarzyszki podróży Anety (którą już znacie z poprzednich podróżniczych wpisów np. z wpisu o Pradze), wszystko zaczęło się od tanich biletów do Mediolanu-Bergamo. Bilety na samolot Ryanair kosztowały nas około 30 Euro w obie strony za osobę - jedyny szkopuł tkwił w tym, że był to lot z... Berlina. Ale, ale! Dla chcącego nic trudnego, a co lepsze okazało się, że transfer ze Szczecina na lotnisko w Berlinie jest tańszy, niż wiele transferów na polskie lotniska. Dodatkowo po wstępnym rozpoznaniu wyszło na to, że nocleg w Mediolanie również można znaleźć w bardzo przystępnych cenach, dlatego też długo się nie zastanawiałyśmy i tak oto ziściły się nasze pięciodniowe mini włoskie wakacje. Po zakupie biletów i zorganizowaniu całej podróży w aspekcie technicznym, przyszedł czas na zaplanowanie wyjazdu pod względem zwiedzania. Jak się okazało i jak twierdzą zgodnie Internety, Mediolan nie jest miastem, w którym można spędzić bardzo dużo czasu. Idąc za radami wyczytanymi u wujka Google, bardziej postawiłyśmy na to, co naprawdę warto zobaczyć, niż na to by nudzić się w Mediolanie.

MEDIOLAN

Pierwszym co zrobiło na mnie wrażenie jeśli chodzi o Mediolan to dworzec kolejowy. Jest to najpiękniejszy dworzec, który widziałam, przypominający bardziej muzeum, niż dworzec. Urzekła mnie jego piękna architektura i połączenie antycznych form, z nowoczesnością. Na pewno każdy zna już ze zdjęć katedrę św. Marii na Piazza del Duomo, bo to najbardziej charakterystyczny punkt tego miasta, a dodatkowo trzeci co do wielkości kościół rzymskokatolicki na świecie. Mnie osobiście nieco ona zawiodła i nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak myślałam, że zrobi. Bardziej wartym uwagi punktem jest galeria Vittorio Emanuell'a II, gdzie znajdują się wszelkie ekskluzywne sklepy takie jak Prada, czy Louis Vitton - jest to więc obowiązkowy punkt zwiedzania dla wszystkich entuzjastów mody! Zabawnym i sprawiającym największą frajdę aspektem zwiedzania tej galerii jest znajdujący się na jej środku na posadzce byk turyński. Powszechne przekonania głoszą, że obrót o 360 stopni wokół własnej osi, na pięcie, na jego genitaliach, przynosi szczęście na całe życie. Tradycja ta jest kultywowana na tyle mocno, że de facto w miejscu okręcania się na pięcie, w tym momencie jest dość porządna dziura. Ale w końcu szczęścia nigdy za wiele! Miejscem, które koniecznie chciałam zobaczyć to znajdująca się w dzielnicy Garibaldi-Isola, najnowocześniejsza część włoskiej stolicy mody. Drapacze chmur, nowoczesna architektura, a także dwa wieżowce, które nazywane są lasami wertykalnymi (Bosco Verticale), czyli wieżowce obsadzone drzewami, co jest widokiem niecodziennym i wyjątkowym. To co zszokowało mnie w Mediolanie to obraz jaki wyłania się nocą. Ulice są pełne ludzi bezdomnych, którzy śpią w każdym możliwym miejscu, które tylko ma jakiekolwiek zadaszenie - arkady, ogródki knajpek, stacje metra - straszne! Jeśli chodzi o moje wrażenie ogólne na temat Mediolanu to nie jest ono jakieś spektakularne, ale nie wykluczam, że to kwestia powierzchownego zwiedzania, więc myślę, że jeszcze kiedyś dam mu szansę. :)












BERGAMO

Przybywając do Mediolanu z tanimi liniami lotniczymi, lądujemy w oddalonym od samego miasta o kilkadziesiąt kilometrów Bergamo. Wieść głosi, że to urocze miasteczko, jest bardziej warte uwagi niż sama włoska stolica mody. Naszym błędem (lub nie) było zostawienie zwiedzania Bergamo na sam koniec, jednak wydaje mi się, że nasze odczucia z tym związane, były tak naprawdę wypadkową głównie okropnej pogody, bo po prostu lało. Myślę, że gdyby dzień był ciepły i słoneczny, nasza percepcja tego miasteczka byłaby inna. Dodatkowo z pewnością nie zobaczyłyśmy go w całości, bo przy tak paskudnej pogodzie zwyczajnie nam się nie chciało, a poza tym zwiedzanie Bergamo zaplanowałyśmy źle, bo w dzień wylotu do Polski, więc byłyśmy skazane na oglądanie go z bagażami. Największą atrakcją Bergamo był wjazd na wzgórze, na którym leży, kolejką, która oprócz atrakcji samej w sobie, dostarczała pięknych widoków na panoramę ceglanych dachów. Jednym z miejsc, które naprawdę wywarły na mnie wrażenie w tym uroczym miasteczku był jeden z kościołów. Choć oglądania kościołów nie znoszę, ten był naprawdę przepiękny, pełen zdobień, malowideł, rzeźbień. W innym zaś trafiłyśmy na miejsce poświęcone Janowi Pawłowi II i choć nie powinno, zaskoczyło mnie napotkanie tam wizerunku Papieża Polaka. Tak naprawdę przyznam szczerze, że nie poświęciłyśmy temu miejscu (jak i z resztą samemu Mediolanowi) zbyt wiele czasu. Myślę, że same zdjęcia oddadzą więcej niż jestem w stanie tu napisać. Moje ogólne wrażenie na temat tego malutkiego miasteczka jest przemiłe. Jest w nim mnóstwo zieleni, pięknej architektury, wąskich uliczek wpisujących się typowo we włoski klimat, wzdłuż których ciągną się niewielkie sklepiki.













PRZYDATNE INFORMACJE

TRANSPORT: Jak już pisałam wyżej, za bilety lotnicze liniami Ryanair zapłaciłyśmy około 30 Euro za osobę w dwie strony. Bilety były niestety z Berlina, jednak z racji tego, że Aneta mieszka w okolicach Szczecina, miałyśmy niezłą bazę wypadową. Za transfer ze Szczecina na lotnisko Tegel w Berlinie zapłaciłyśmy za osobę 20 PLN. Z powrotem było nieco inaczej, bo każda z nas kupiła sobie autobus do swojego miasta - ja transportowałam się Polskim Busem i mój bilet wprost z lotniska w Berlinie do Krakowa kosztował około 80 PLN, jednak zaznaczę tutaj, że kupowany był dość późno i myślę, że przy zakupie we wcześniejszych terminach, bez problemu można złapać go w lepszej cenie. Jak już wyżej ujęłam, tanie linie lotnicze nie lądują w samym Mediolanie, a w Bergamo. Z Bergamo do Mediolanu jedzie się około 40 minut - my wybrałyśmy pociąg, za który zapłaciłyśmy około 5 Euro, ale są także transfery w tej samej cenie, które jadą bezpośrednio z lotniska. To co uderzyło nas we Włoszech to fakt, że na dworcach nie ma szafek na bagaże. Ratunkiem są przechowalnie bagażu, które jednak są koszmarnie drogie, bo za pierwsze pięć godzin zapłacimy około 5-6 Euro, a za każdą następną rozpoczętą godzinę 1 Euro. Dodam, że w Bergamo nie ma żadnej opcji przechowania bagażu. Dlatego jeśli planujesz swoją podróż, warto wziąć to pod uwagę i wybrać bazę noclegową, która będzie pod tym względem korzystna. Jeśli chodzi o transport po samym mieście, w większości przypadków najkorzystniejsze jest metro, które zawiezie nas w najbardziej newralgiczne miejsca, ale na które można wydać krocie. Zwyczajny bilet, którego możemy używać przez 90min lub do momentu opuszczenia bramek metra, kosztuje 1.90 Euro, jednak także w określonej strefie. Jeśli planujesz zostać tylko w Mediolanie, lepiej opłaca się kupić bilet z dłuższą datą ważności np. trzydniowy. Metro jeździ od godziny 6 rano do północy - warto o tym pamiętać, bo po przegapieniu ostatniego metra, bywa ciężko z dojazdem.

NOCLEG: Noclegi w Mediolanie wbrew pozorom nie muszą kosztować fortuny. My jesteśmy zwolenniczkami taniego spania, z racji tego, że w większości w miejscu noclegowym nas po prostu nie ma - wychodzimy rano, wracamy późnymi wieczorami. Wybieramy zazwyczaj najtańszą opcję, tak też było tym razem. Zdecydowałyśmy się na hostel California - tutaj gorąco odradzam rezerwację na portalu pl.hostels.com, ponieważ jest problem ze znalezieniem rezerwacji, co skutkuje problemami na miejscu przy zameldowaniu. Hostel ma jedną sporą wadę - ceny noclegu przy rezerwacji są bardzo zaniżone ze względu na koszty dodatkowe, które nie są uwzględniane w cenie tj. opłata klimatyczna oraz kaucja bezzwrotna. Przez te dodatkowe opłaty cena noclegu idzie sporo w górę, jednak biorąc nawet to pod uwagę, cena ta oscyluje w granicach 12-13 Euro za łóżko w pokoju wieloosobowym. Wielkim plusem tego hostelu jest zdecydowanie lokalizacja, bo do najbliższej stacji metra jest prosta droga i zajmuje ona pieszo spacerem maksymalnie 10 minut. Warunki mieszkalne jak na pokój za taką cenę nie były najgorsze, jednak zdecydowanie mogłoby być choć o jedno łóżko mniej. Plusem jest także fakt, że recepcja jest całodobowa, więc nie ma żadnych ograniczeń co do godzin wyjść, czy powrotów. Dodatkowo hostel ma pomocną obsługę oraz miejsce na przechowanie bagażu. Ocena całościowa, biorąc pod uwagę cenę, wypada pozytywnie.

UTRZYMANIE SIĘ NA MIEJSCU: Nie będę ukrywać, że nie jadłyśmy za dużo i tak naprawdę ani razu nie zjadłyśmy takiego porządnego, wielkiego obiadu. Zazwyczaj były to raczej małe przekąski i sporo picia. W moim odczuciu ceny we Włoszech są koszmarne. Może jest to odczucie mylne, ale w porównaniu do innych krajów z walutą Euro, w których miałam okazję bywać, Włochy wspominam wyjątkowo źle, być może dlatego, że sporo pieniędzy wydałyśmy na same transporty, szczególnie jeśli chodzi o wycieczkę nad jezioro Como. Wracając jednak do jedzenia, sam McDonald, szybkie jedzenie, był według mnie straszliwie drogi, tylko nie wiem, czy to czasem nie kwestia automatycznego przeliczania Euro na Złotówki... :) Ciekawostką może być to, że prawidłowość, którą zauważyłyśmy to: setki aptek, a znalezienie zwyczajnego marketu graniczy z cudem.

JEDZENIE: We Włoszech znalazłyśmy parę ciekawych jedzeniowych produktów, których nie ma w Polsce, dlatego chciałyśmy ich spróbować np. batoniki ala Kinder Bueno, ale w wersji Nutellowej. Ciekawym doświadczeniem był także McDonald, który ma swoje własne włoskie menu - my skusiłyśmy się z menu śniadaniowego na Pancakes z syropem klonowym, a innym razem na Gelato (włoskie lody). Oczywiście we Włoszech, jeśli chodzi o śniadania, prym wiodą Croissanty na szybko z różnymi kremami i dodatkami, a do tego kawa. W jednym dniu zdecydowałyśmy się na zakup kawałka pizzy za jedyne 3.50 Euro, która sama w sobie wbrew opiniom które słyszałam, była naprawdę smaczna, jednak doszły mnie także słuchy, że w większości miejsc we Włoszech, podawane są pizze mrożone i być może dlatego jej smak niewiele się różnił od 'polskich' pizz. Spróbowałyśmy też Focacci, która smakowała właściwie jak pizza, więc szału nie ma. Żałuję, że nie udało nam się spróbować żadnego włoskiego makaronu - to kolejna rzecz do nadrobienia!