środa, 5 lipca 2017

Stylizacje: Różowa bluza, szorty i sportowe buty ala Reebook

W ostatnich miesiącach moje życie to istny kołowrotek. Wciąż coś się dzieje, wciąż gdzieś pędzę, wciąż staram się godzić tysiące różnych spraw ze sobą. Mija tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, nawet nie wiem kiedy. Jest tego parę przyczyn, szczególnie jedna, bardzo pozytywna, którą chciałabym się już z Wami podzielić, ale jeszcze chwilę poczekam, aż będzie to wszystko jako tako wyglądało. W każdym razie przede mną jeszcze długa droga. W każdym razie robię milion rzeczy na raz. Efektem tego jest między innymi fakt, że blogowy Instagram ostatnio przeżywa swój renesans i coraz częściej można mnie tam zobaczyć. Jeśli więc jeszcze nie obserwujecie mnie na Instagramie, to zapraszam TUTAJ. Dzięki obserwacji będziecie mogli być troszkę bardziej na bieżąco na temat tego co się u mnie dzieje. Jeżeli już mnie obserwujecie to na pewno wiecie, że niedawno wróciłam z tygodniowych wakacji nad pięknym polskim Bałtykiem, bo mój profil został ładnie mówiąc zaspamowany zdjęciami z wybrzeża. Co ja poradzę, że tak kocham to miejsce? :)
Zanim jednak pojawi się wielki, wielki, wielki post z mojego urlopu (albo nawet dwa), podzielę się z Wami jedną z paru stylizacji, które udało mi się sfotografować właśnie nad morzem. Stylizacja to prosty, wygodny, wycieczkowy strój. Tego dnia sporo chodziliśmy, a pogoda była niezbyt pewna, dlatego ubiór 'na cebulkę' sprawdził się idealnie - bluzę w każdej chwili mogłam zdjąć. Zdjęcia stylizacji zostały zrobione w niezwykle malowniczym miejscu, a zarazem na najwyższym klifie polskiego wybrzeża!








koszulka: second hand
szorty: second hand
bluza: clockhouse / Mamci ♥
torebka: second hand
okulary: STYLION
zegarek: @
buty: @

zdjęcia:

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Europejska majówka: Wenecja, miasto na wodzie



Polecam do lektury także pierwszą część Europejskiej majówki TUTAJ


Na majówkę do Włoch trafiliśmy przez przypadek, przez zgubiony paszport jednego z członków rodziny. Według początkowego planu miała być Chorwacja, ostatecznie jednak zamiast wściekłych spojrzeń, że plan nie wypalił, skończyło się na maślanych oczach i słowach niemal bezkresnej wdzięczności. Bo w końcu kto by się potrafił denerwować, że zamiast jakiejś tam Chorwacji, trafiliśmy do Wenecji, która była marzeniem właściwie każdego uczestnika naszej wycieczki? :)


DOJAZD

Grado (w którym nocowaliśmy) od Wenecji dzieli około dwie godziny jazdy autostradą. Z racji tego, że do Włoch dostaliśmy się samochodami, byliśmy dość mobilni. Koszt takiej autostrady w jedną stronę to o ile dobrze pamiętam około 14 Euro. Nawet nie wiem, czy do samego serca Wenecji jest możliwy dojazd samochodem. My skorzystaliśmy z połączenia kolejowego, zostawiając samochody na parkingu tuż obok dworca Venezia-Mestre. Za całodobowy parking zapłaciliśmy bodajże 8-10 Euro. To co może się wydać zabawne to fakt, że na parkingu zostawić musieliśmy kluczyki do samochodu w razie potrzeby przestawienia go, aby inny pojazd mógł wyjechać. Pierwszy raz miałam do czynienia z czymś takim. W każdym razie bilet z Venezia-Mestre do samej Wenecji (stacja Venezia-S.Luccia) to koszt około 2 Euro/osoba w jedną stronę. Jedzie się króciutko, bo około 10 minut, a po drodze można podziwiać przemiłe dla oka widoki.




ZWIEDZANIE

Wenecję możemy zwiedzić z co najmniej dwóch poziomów - poziomu wody oraz ziemi. Ceny godzinnych wycieczek gondolą wahają się pomiędzy 80, a 100 Euro od całości, a w gondoli mieści się siedem osób. Nie czarujmy się - na nasze realia jest to kwota dość wysoka. Są także tramwaje wodne, jednak nie orientuję się w ich cenach i rozkładach, bo po prostu nie braliśmy ich pod uwagę w naszym wypadku. My zdecydowaliśmy się na piesze zwiedzanie. Jak wszyscy dobrze wiemy, Wenecja położona jest na Adriatyku, ląd przecinają setki kanałów wodnych, a co za tym idzie setki mostków. Miasto pełne jest wąskich uliczek i przytulnych zakamarków, których na przykład płynąc gondolą nie bylibyśmy w stanie zobaczyć. Prawda jest taka, że to miasto jest idealnym plenerem fotograficznym, bo jest tak piękne, że można by chodzić po nim cały dzień i nieprzerwanie robić zdjęcia! :)











PAMIĄTKI

Pamiątki z naszego pobytu w Wenecji możemy dostać właściwie na każdym kroku. Wszędzie, nawet w najmniejszych uliczkach, kryją się sklepiki, czy stoiska z różnobarwnym wyborem upominków. Najtrafniejszą chyba pamiątką z tego miasta jest znana wszystkim maska wenecka. Jeśli chodzi o nie to wybór jest ogromny, dostępne są różne rodzaje i rozmiary. Jeśli niezbyt zależy nam na jakości to niewielką maskę w formie magnesu lub zawieszki dostaniemy już za około 2-3 Euro. Jeśli jednak zależy nam aby pamiątka była bardziej wyszukana, za niewielką maskę musimy liczyć się z kwotami od 10 Euro w górę. Nie wspominając już o sklepikach, w których sprzedawane są ręcznie robione upominki. Są także miejsca, w których maskę można zaprojektować i wykonać samodzielnie, ale to już opcja dla odważnych. Oczywiście oprócz masek dostępnych jest masa innych pamiątek od magnesów, przez pocztówki, figurki, kubki i inne.




JEDZENIE

W Internetach jest sporo informacji na temat jedzenia w Wenecji, mam na myśli informacje, że jest drogie. Myślę jednak, że to jest kwestia tego, w którym miejscu Wenecji zjemy. My odwiedziliśmy restaurację gdzieś w zakamarkach miasta, nie najtańszą. Ceny za makarony zaczynały się od 10 Euro więc myślę, że nie tak tragicznie, szczególnie jak na Wenecję. Musimy jednak pamiętać, że włoskie porcje to nie polskie porcje i jest duża szansa, że samym makaronem nie nasycimy swojego apetytu. W każdym razie jeśli chodzi o obiad to polecam szukać knajpek oddalonych od głównych arterii. To co mogę jeszcze powiedzieć to to, że w formie deseru, posiliłam się lodem. Gałka kosztowała bodajże 1,5 Euro i wcale mała nie była. Polecam spróbowanie lodów pistacjowych - według mnie zupełnie inny smak niż naszego polskiego odpowiednika.






CANAL GRANDE

Jeden z najpiękniejszych widoków według mnie, który możemy zobaczyć podczas zwiedzania Wenecji, rozciąga się z mostu Rialto. Z jego szczytu pięknie widać główny kanał miasta, na tafli którego toczy się intensywne życie Wenecji - mam na myśli mnogość gondol i łódek. Wzdłuż kanału z kolei ciągnie się ładna, kolorowa architektura. Widok z tego miejsca mnie osobiście zaparł dech w piersiach.




PLAC I BAZYLIKA ŚWIĘTEGO MARKA

Głównym celem naszej wycieczki, do którego dążyliśmy był Plac Świętego Marka i bazylika, które znajdują się tuż obok końca Wenecji na wodzie, skąd rozciąga się już widok na Adriatyk. Oczywiście plac pełen był ludzi i ciężko było cokolwiek sensownie sfotografować. Bazylika jednak ma przepiękną, bogatą architekturę, która przykuwa wzrok i ciekawi. Dla zwolenników takich atrakcji, na pewno świetną sprawą byłoby zwiedzenie kościoła w środku, co oczywiście jest płatne - jak w większości kościołów we Włoszech z tego co zauważyłam.




PODSUMOWUJĄC

Od dziecka marzyłam o tym żeby odwiedzić Wenecję. Podobały mi się kanały, po których dumnie sunęły gondole z pasiastymi gondolierami. Mimo tego, że to przecież Europa, jakoś zawsze wydawała mi się ona odległa i nieosiągalna. Nawet w najśmielszych snach nie spodziewałam się, że przez zupełny przypadek (i to niezbyt szczęśliwy) trafię właśnie tam. Wenecja w żadnym aspekcie nie zawiodła moich oczekiwań. To miasto jest chyba najpiękniejszym miastem jakie widziałam do tej pory, nie mogę przestać się nim zachwycać. Jest urocze w każdym calu i pełne przepięknych plenerów. Być może traci swój urok nieco bliżej sezonu i w pełnym sezonie, kiedy Wenecję zalewają fale turystów, dlatego też cieszę się, że mogłam ją zobaczyć w maju, unikając niebotycznych tłumów. Czy zgodnie z krążącą opinią w Wenecji śmierdzi? Nie, nie odczułam tego. Być może jest to kwestia przypływów i odpływów i zależy jak się trafi. Mnie osobiście Wenecja urzekła na amen i myślę, że jeśli będzie tylko okazja, na pewno tam wrócę. :)









sobota, 10 czerwca 2017

Stylizacje: Haftowana bluzka i nieśmiertelna szarość

Wchodzę do ogromnego pomieszczenia w starej, obskurnej kamienicy w podworcu w centrum Krakowa. Przede mną rozpościera się ocean wieszaków. Idę między nimi, przeglądając spokojnie zawartość, szukając...sama nie wiem czego. Ale przecież to jest najfajniejsze, że nigdy nie wiem co wyszukam. Po kilkunastu dłuższych chwilach już nieco od niechcenia błądzę przysłowiowymi alejkami, z pustym koszykiem. Wędrówka doprowadza mnie do wieszaka z okryciami wierzchnimi. Oglądam, wertuję- nicość. I już zniechęcona do bólu, niechętna do dalszych wykopalisk, prawie odchodzę, ale w ostatniej chwili mój wzrok przyciąga ON! Jakby cud się zdarzył, jakby modły w myślach odprawiane nagle się spełniły. On, i to jeszcze jaki...! Nie za gruby ani nie za cienki, idealny, perfekcyjny w każdym calu. Błękitny, pastelowy płaszcz. Takie nie przymierzając baby blue. Nawet się nie zastanawiałam, bo przecież wiosna, wiosna idzie. Ale jego dalsza historia jest nieco smutniejsza. Bo co z tego, że byłam taka dumna z mojego zakupu, że unosiłam się trzy metry nad niebem. I co z tego, że kolor i fason i cały on, taki idealny, trafił w moje ręce. Nic mi po tym, skoro ta wiosna, ta piękna i słoneczna, która miała być tego roku, nigdy nie nadeszła...?! Tak wygląda właśnie moje piątkowe, filozoficzne przemyślenie.
Kobieta zmienną jest i myślę, że każda kobieta, która teraz to czyta, dobrze mnie rozumie. Dlatego też dzisiaj przychodzę z nieco bardziej eleganckim zestawem niż ostatnio i może nawet powinnam napisać niż zazwyczaj. Całość utrzymałam w stonowanej kolorystyce bieli, granatu i szarości. Główną rolę gra tutaj bluzka, z której nazwaniem miałam mały problem. Czy ona jest koronkowa, czy właśnie haftowana? Czy może jeszcze inna? Sama nie wiem. Do tego proste, granatowe jeansy i szare dodatki w postaci torebki i lordsów. Klasycznie, elegancko, ale wygodnie. :)






bluzka: next / second hand
spodnie: second hand
torebka: river island / second hand
buty: second hand

zdjęcia: