sobota, 9 lipca 2016

Stylizacje: Marmurki z wysokim stanem i sportowa bluza

W ostatnim czasie dość sporo zmieniło się w moim życiu, dość sporo wciąż się zmienia, a kolejne zmiany dopiero nadchodzą. Po pierwsze właściwie skończyłam moje studia licencjackie - właściwie, bo została jeszcze obrona mojej pracy, która krótko mówiąc jeszcze nie istnieje. Po drugie nieco pozmieniało się w mojej pracy. Po trzecie idę trochę do przodu jeśli chodzi o moje marzenia, choć przyznam szczerze, że nie aż tak bardzo jak bym tego chciała. Po czwarte zmieniam nieco swój tryb życia, ale o tym nie chciałabym się tutaj zbytnio na razie rozwodzić, bo nie chcę zapeszać. Z kolei koniec lata przyniesie następne spore zmiany, na które już teraz mentalnie się szykuję. Życie mnie zadziwia, tak szczerze i za każdym razem coraz bardziej. W parę dni, tygodni, wszystko potrafi obrócić się o 180 stopni, zmienić swój bieg. Czasem z pozoru przypadkowe rzeczy potrafią sprawić, że odnajdujemy coś, czego nie mogliśmy znaleźć od dawna. I odnajdujemy to tam, gdzie nigdy byśmy się tego nie spodziewali!
I tak, po filozoficznym wstępie, przedstawiam swój prosty, codzienny zestaw. Stylizacja typowo na sportowo, na wygodnie, bo tak lubię najbardziej. Być może mogłabym tu teraz wrzucać zdjęcia w sukienkach, szpilkach i żakietach, ale niestety - charakter mojej pracy sprawia, że zazwyczaj stawiam przede wszystkim na wygodę. Nie, nie przechadzam się w długich spodniach i długich rękawach na plus trzydzieści, tutaj akurat trafiłam na chłodniejszy dzień. W tej stylizacji najbardziej zadowolona jestem ze spodni, bo idealnych marmurek, zapinanych jak klasycznie spodnie, a nie na gumce, szukałam naprawdę długo. Do nich dorzuciłam prostą bluzę z nadrukiem i jedne z moich ulubionych butów od MERG, które kupiłam jeszcze głęboką zimą. Kiedy przyszła paczka z tymi butami, śmiałam się sama z siebie, ale wiedziałam, że jeśli wtedy ich nie zamówię, to w okresie wiosenno-letnim już ich nie dostanę po zejdą jak świeże bułeczki.









buty: MERG
spodnie: vinted
bluza: mckenzie / second hand
zegarek: niobos
torba: h&m / second hand

zdjęcia: MaBaKo ♥

niedziela, 26 czerwca 2016

Mini włoskie wakacje: Mediolan i Bergamo

Dziś ruszam z nieco zmienioną formułą postów o podróżach. Już od dawna myślałam jak ugryźć ten temat, żeby posty o moich wyjazdach nie były litym opisem moich wrażeń, ale także formą małego przewodnika, garstką praktycznych informacji. Myślę, że podział posta na pewne konkretne części pozwoli trochę łatwiej się w tym odnaleźć, a część praktyczna pozwoli na odnalezienie istotniejszych informacji tym, którzy może w przyszłości zechcą się wybrać w miejsca, które opisuję. Myślę, że formuła tych postów może ulegać jeszcze zmianie, ale wydaje mi się, że już od dziś będzie nieco bardziej przyjazna. :)

SŁOWEM WSTĘPU

Na wstępie zaznaczę, że to będzie jeden z trzech wpisów jakie mam w planach na temat Włoch, z racji tego, że był to wyjazd pięciodniowy i nie skończył się na samym Mediolanie, bo udało nam się także zobaczyć jezioro Como, a także miasto zakochanych - Weronę. Nie zdziwcie się więc, jeśli charakter wpisu wyda Wam się nieco ogólny, ponieważ Mediolanu i Bergamo, o których dziś będę pisać, nie miałyśmy okazji zwiedzić tak dokładnie, jak chciałyśmy, co wynikło z kilku czynników, ale zaczynając od początku... Jak to zwykle bywa w przypadku mnie i mojej wiernej towarzyszki podróży Anety (którą już znacie z poprzednich podróżniczych wpisów np. z wpisu o Pradze), wszystko zaczęło się od tanich biletów do Mediolanu-Bergamo. Bilety na samolot Ryanair kosztowały nas około 30 Euro w obie strony za osobę - jedyny szkopuł tkwił w tym, że był to lot z... Berlina. Ale, ale! Dla chcącego nic trudnego, a co lepsze okazało się, że transfer ze Szczecina na lotnisko w Berlinie jest tańszy, niż wiele transferów na polskie lotniska. Dodatkowo po wstępnym rozpoznaniu wyszło na to, że nocleg w Mediolanie również można znaleźć w bardzo przystępnych cenach, dlatego też długo się nie zastanawiałyśmy i tak oto ziściły się nasze pięciodniowe mini włoskie wakacje. Po zakupie biletów i zorganizowaniu całej podróży w aspekcie technicznym, przyszedł czas na zaplanowanie wyjazdu pod względem zwiedzania. Jak się okazało i jak twierdzą zgodnie Internety, Mediolan nie jest miastem, w którym można spędzić bardzo dużo czasu. Idąc za radami wyczytanymi u wujka Google, bardziej postawiłyśmy na to, co naprawdę warto zobaczyć, niż na to by nudzić się w Mediolanie.

MEDIOLAN

Pierwszym co zrobiło na mnie wrażenie jeśli chodzi o Mediolan to dworzec kolejowy. Jest to najpiękniejszy dworzec, który widziałam, przypominający bardziej muzeum, niż dworzec. Urzekła mnie jego piękna architektura i połączenie antycznych form, z nowoczesnością. Na pewno każdy zna już ze zdjęć katedrę św. Marii na Piazza del Duomo, bo to najbardziej charakterystyczny punkt tego miasta, a dodatkowo trzeci co do wielkości kościół rzymskokatolicki na świecie. Mnie osobiście nieco ona zawiodła i nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak myślałam, że zrobi. Bardziej wartym uwagi punktem jest galeria Vittorio Emanuell'a II, gdzie znajdują się wszelkie ekskluzywne sklepy takie jak Prada, czy Louis Vitton - jest to więc obowiązkowy punkt zwiedzania dla wszystkich entuzjastów mody! Zabawnym i sprawiającym największą frajdę aspektem zwiedzania tej galerii jest znajdujący się na jej środku na posadzce byk turyński. Powszechne przekonania głoszą, że obrót o 360 stopni wokół własnej osi, na pięcie, na jego genitaliach, przynosi szczęście na całe życie. Tradycja ta jest kultywowana na tyle mocno, że de facto w miejscu okręcania się na pięcie, w tym momencie jest dość porządna dziura. Ale w końcu szczęścia nigdy za wiele! Miejscem, które koniecznie chciałam zobaczyć to znajdująca się w dzielnicy Garibaldi-Isola, najnowocześniejsza część włoskiej stolicy mody. Drapacze chmur, nowoczesna architektura, a także dwa wieżowce, które nazywane są lasami wertykalnymi (Bosco Verticale), czyli wieżowce obsadzone drzewami, co jest widokiem niecodziennym i wyjątkowym. To co zszokowało mnie w Mediolanie to obraz jaki wyłania się nocą. Ulice są pełne ludzi bezdomnych, którzy śpią w każdym możliwym miejscu, które tylko ma jakiekolwiek zadaszenie - arkady, ogródki knajpek, stacje metra - straszne! Jeśli chodzi o moje wrażenie ogólne na temat Mediolanu to nie jest ono jakieś spektakularne, ale nie wykluczam, że to kwestia powierzchownego zwiedzania, więc myślę, że jeszcze kiedyś dam mu szansę. :)












BERGAMO

Przybywając do Mediolanu z tanimi liniami lotniczymi, lądujemy w oddalonym od samego miasta o kilkadziesiąt kilometrów Bergamo. Wieść głosi, że to urocze miasteczko, jest bardziej warte uwagi niż sama włoska stolica mody. Naszym błędem (lub nie) było zostawienie zwiedzania Bergamo na sam koniec, jednak wydaje mi się, że nasze odczucia z tym związane, były tak naprawdę wypadkową głównie okropnej pogody, bo po prostu lało. Myślę, że gdyby dzień był ciepły i słoneczny, nasza percepcja tego miasteczka byłaby inna. Dodatkowo z pewnością nie zobaczyłyśmy go w całości, bo przy tak paskudnej pogodzie zwyczajnie nam się nie chciało, a poza tym zwiedzanie Bergamo zaplanowałyśmy źle, bo w dzień wylotu do Polski, więc byłyśmy skazane na oglądanie go z bagażami. Największą atrakcją Bergamo był wjazd na wzgórze, na którym leży, kolejką, która oprócz atrakcji samej w sobie, dostarczała pięknych widoków na panoramę ceglanych dachów. Jednym z miejsc, które naprawdę wywarły na mnie wrażenie w tym uroczym miasteczku był jeden z kościołów. Choć oglądania kościołów nie znoszę, ten był naprawdę przepiękny, pełen zdobień, malowideł, rzeźbień. W innym zaś trafiłyśmy na miejsce poświęcone Janowi Pawłowi II i choć nie powinno, zaskoczyło mnie napotkanie tam wizerunku Papieża Polaka. Tak naprawdę przyznam szczerze, że nie poświęciłyśmy temu miejscu (jak i z resztą samemu Mediolanowi) zbyt wiele czasu. Myślę, że same zdjęcia oddadzą więcej niż jestem w stanie tu napisać. Moje ogólne wrażenie na temat tego malutkiego miasteczka jest przemiłe. Jest w nim mnóstwo zieleni, pięknej architektury, wąskich uliczek wpisujących się typowo we włoski klimat, wzdłuż których ciągną się niewielkie sklepiki.













PRZYDATNE INFORMACJE

TRANSPORT: Jak już pisałam wyżej, za bilety lotnicze liniami Ryanair zapłaciłyśmy około 30 Euro za osobę w dwie strony. Bilety były niestety z Berlina, jednak z racji tego, że Aneta mieszka w okolicach Szczecina, miałyśmy niezłą bazę wypadową. Za transfer ze Szczecina na lotnisko Tegel w Berlinie zapłaciłyśmy za osobę 20 PLN. Z powrotem było nieco inaczej, bo każda z nas kupiła sobie autobus do swojego miasta - ja transportowałam się Polskim Busem i mój bilet wprost z lotniska w Berlinie do Krakowa kosztował około 80 PLN, jednak zaznaczę tutaj, że kupowany był dość późno i myślę, że przy zakupie we wcześniejszych terminach, bez problemu można złapać go w lepszej cenie. Jak już wyżej ujęłam, tanie linie lotnicze nie lądują w samym Mediolanie, a w Bergamo. Z Bergamo do Mediolanu jedzie się około 40 minut - my wybrałyśmy pociąg, za który zapłaciłyśmy około 5 Euro, ale są także transfery w tej samej cenie, które jadą bezpośrednio z lotniska. To co uderzyło nas we Włoszech to fakt, że na dworcach nie ma szafek na bagaże. Ratunkiem są przechowalnie bagażu, które jednak są koszmarnie drogie, bo za pierwsze pięć godzin zapłacimy około 5-6 Euro, a za każdą następną rozpoczętą godzinę 1 Euro. Dodam, że w Bergamo nie ma żadnej opcji przechowania bagażu. Dlatego jeśli planujesz swoją podróż, warto wziąć to pod uwagę i wybrać bazę noclegową, która będzie pod tym względem korzystna. Jeśli chodzi o transport po samym mieście, w większości przypadków najkorzystniejsze jest metro, które zawiezie nas w najbardziej newralgiczne miejsca, ale na które można wydać krocie. Zwyczajny bilet, którego możemy używać przez 90min lub do momentu opuszczenia bramek metra, kosztuje 1.90 Euro, jednak także w określonej strefie. Jeśli planujesz zostać tylko w Mediolanie, lepiej opłaca się kupić bilet z dłuższą datą ważności np. trzydniowy. Metro jeździ od godziny 6 rano do północy - warto o tym pamiętać, bo po przegapieniu ostatniego metra, bywa ciężko z dojazdem.

NOCLEG: Noclegi w Mediolanie wbrew pozorom nie muszą kosztować fortuny. My jesteśmy zwolenniczkami taniego spania, z racji tego, że w większości w miejscu noclegowym nas po prostu nie ma - wychodzimy rano, wracamy późnymi wieczorami. Wybieramy zazwyczaj najtańszą opcję, tak też było tym razem. Zdecydowałyśmy się na hostel California - tutaj gorąco odradzam rezerwację na portalu pl.hostels.com, ponieważ jest problem ze znalezieniem rezerwacji, co skutkuje problemami na miejscu przy zameldowaniu. Hostel ma jedną sporą wadę - ceny noclegu przy rezerwacji są bardzo zaniżone ze względu na koszty dodatkowe, które nie są uwzględniane w cenie tj. opłata klimatyczna oraz kaucja bezzwrotna. Przez te dodatkowe opłaty cena noclegu idzie sporo w górę, jednak biorąc nawet to pod uwagę, cena ta oscyluje w granicach 12-13 Euro za łóżko w pokoju wieloosobowym. Wielkim plusem tego hostelu jest zdecydowanie lokalizacja, bo do najbliższej stacji metra jest prosta droga i zajmuje ona pieszo spacerem maksymalnie 10 minut. Warunki mieszkalne jak na pokój za taką cenę nie były najgorsze, jednak zdecydowanie mogłoby być choć o jedno łóżko mniej. Plusem jest także fakt, że recepcja jest całodobowa, więc nie ma żadnych ograniczeń co do godzin wyjść, czy powrotów. Dodatkowo hostel ma pomocną obsługę oraz miejsce na przechowanie bagażu. Ocena całościowa, biorąc pod uwagę cenę, wypada pozytywnie.

UTRZYMANIE SIĘ NA MIEJSCU: Nie będę ukrywać, że nie jadłyśmy za dużo i tak naprawdę ani razu nie zjadłyśmy takiego porządnego, wielkiego obiadu. Zazwyczaj były to raczej małe przekąski i sporo picia. W moim odczuciu ceny we Włoszech są koszmarne. Może jest to odczucie mylne, ale w porównaniu do innych krajów z walutą Euro, w których miałam okazję bywać, Włochy wspominam wyjątkowo źle, być może dlatego, że sporo pieniędzy wydałyśmy na same transporty, szczególnie jeśli chodzi o wycieczkę nad jezioro Como. Wracając jednak do jedzenia, sam McDonald, szybkie jedzenie, był według mnie straszliwie drogi, tylko nie wiem, czy to czasem nie kwestia automatycznego przeliczania Euro na Złotówki... :) Ciekawostką może być to, że prawidłowość, którą zauważyłyśmy to: setki aptek, a znalezienie zwyczajnego marketu graniczy z cudem.

JEDZENIE: We Włoszech znalazłyśmy parę ciekawych jedzeniowych produktów, których nie ma w Polsce, dlatego chciałyśmy ich spróbować np. batoniki ala Kinder Bueno, ale w wersji Nutellowej. Ciekawym doświadczeniem był także McDonald, który ma swoje własne włoskie menu - my skusiłyśmy się z menu śniadaniowego na Pancakes z syropem klonowym, a innym razem na Gelato (włoskie lody). Oczywiście we Włoszech, jeśli chodzi o śniadania, prym wiodą Croissanty na szybko z różnymi kremami i dodatkami, a do tego kawa. W jednym dniu zdecydowałyśmy się na zakup kawałka pizzy za jedyne 3.50 Euro, która sama w sobie wbrew opiniom które słyszałam, była naprawdę smaczna, jednak doszły mnie także słuchy, że w większości miejsc we Włoszech, podawane są pizze mrożone i być może dlatego jej smak niewiele się różnił od 'polskich' pizz. Spróbowałyśmy też Focacci, która smakowała właściwie jak pizza, więc szału nie ma. Żałuję, że nie udało nam się spróbować żadnego włoskiego makaronu - to kolejna rzecz do nadrobienia!










wtorek, 1 marca 2016

Maybelline vs. Lovely - bitwa drogiego i taniego tuszu do rzęs



SŁOWEM WSTĘPU

Dobrej mascary, która nawet po całym dniu w pracy się nie osypuje, szukałam naprawdę dłuższy czas. Nie jestem zwolenniczką wydawania fortuny na kosmetyki, o których nie wiem, że są skuteczne, bo nie znoszę wyrzucać pieniędzy w błoto. Ale jak inaczej sprawdzić czy dany produkt jest dla nas odpowiedni, jeżeli nie metodą prób i błędów? Ja staram opierać się na opiniach. Może nie tyle opiniach z internetów, bo owe bywają dość wątpliwe, a bardziej opiniach znajomych, czy blogerek kosmetycznych. Tak właśnie trafiły do mnie obie - Maybelline - Colosal volume 100% black i Lovely - Pump up curling, o których dziś będzie mowa, a których specjalnie nie muszę chyba przedstawiać, bo wydaje mi się, że są dość dobrze znane. Zapraszam na ich mały pojedynek!


CENA

Jeśli chodzi o ceny to jest między tymi dwoma tuszami naprawdę spora różnica. Maybelline generalnie tanią marką nie jest, a tusz Colosal volume 100% black w Rossmannie kosztuje konkretnie 33zł za 9ml produktów. W przypadku tuszu Pump up curling jest to kwota trzy razy niższa bo tylko około 9zł za 8ml, czyli porównywalną ilość. Fakt jest faktem, że mascarę z Maybelline można nie raz upolować na promocjach w sporo niższej cenie, jednak mimo to, różnica ta pozostaje znaczna.

OPAKOWANIE

Kolorystycznie wypadają dość podobnie - i to żółte i to żółte, jednak ostatecznie nieco się różnią. Jedno bardziej kanciaste, drugie raczej opływowe w kształtach. Kolory i styl napisów na nich także są inne - w Lovely napisy są według mnie trochę kiczowate. Osobiście połączyłabym kanciasty kształt Lovely z klasyczną, prostą czcionką Maybelline i postałoby według mnie opakowanie idealne. Ale tak na dobrą sprawę gruntem jest to co znajduje się w środku.



SZCZOTECZKA

Różnice w szczoteczkach obu tuszy widać gołym okiem. Szczoteczka tuszu z Maybelline jest bardzo masywna, gruba i ma pozwalać na szybkie nałożenie tuszu oraz maksymalnie pogrubić rzęsy. W przypadku Lovely zaś, szczoteczka jest mniejsza, delikatniejsza i ma zupełnie inny kształt, a jej zadaniem jest idealne rozczesanie rzęs i ich podkręcenie.

ZAWARTOŚĆ

Sama zawartość tuszy jest jak na moje oko również nieco inna. Konsystencja Colosal volume, która według producenta wzbogacona jest o kolagen, wydaje mi się sporo cięższa niż w przypadku Pump up, która z kolei jest bardziej lekka i daje delikatniejszy efekt. W nazwie tuszu z Maybelline figuruje dumne '100% black' i to też ma być jego zaletą, jednak nie byłabym w tym aspekcie tak bardzo przekonana, bo nie zauważam jakiejś znacznej różnicy pomiędzy czernią jednego, a drugiego, więc mam wrażenie, że to kwestia tylko kuszącej nazwy i tyle. Jeśli chodzi o oba tusze po kilku tygodniach użytkowania, to nie zauważyłam żadnych zmian - nie wysychają, nie gęstnieją, trzymają ładnie swoją konsystencję.



MOJA OPINIA

Testowanie przeze mnie obydwu tuszy trwało dłuższy czas. Maybelline używałam kilka miesięcy, potem przerzuciłam się na Lovely, potem znów wróciłam do Maybelline i znów do Lovely. Z tego też powodu myślę, że moja opinia w tej bitwie jest po prostu rzetelna. Tusze nie różnią się od siebie jakoś spektakularnie, choć zaraz po pomalowaniu różnica jest widoczna. Maybelline zdecydowanie daje mocniejszy efekt, wyraźniejszy, aczkolwiek wydaje mi się, że szczoteczka którą posiada, jest o wiele mniej poręczna i bez włożenia w wytuszowanie rzęs większego wysiłku, z łatwością można uzyskać efekt tzw. motylich nóżek, czyli po prostu posklejać rzęsy. W przypadku tuszu z Lovely aplikacja jest sporo przyjemniejsza, łatwiej jest nim rozdzielić rzęsy, ale i efekt jest nieco bardziej delikatny. Po porównaniu po wyschnięciu oka pomalowanego jedną mascarą i drugiego pomalowaną drugą, nie widzę jakiejś znaczącej różnicy i wydaje mi się, że gdyby postronna osoba miała ocenić, które oko jest pomalowane którym tuszem, nie byłaby w stanie. Oba tusze wytrzymują naprawdę długi czas, nie osypują się nawet po kilkudziesięciu godzinach na rzęsach. Jeśli chodzi o trwałość względem rozpływania się w momencie kontaktu pomalowanego oka z wodą np. łzą, pokusiłabym się jednak o stwierdzenie, że lepiej trzyma się Lovely, choć może to być moje osobiste odczucie.


OSTATECZNIE POJEDYNEK WYGRYWA...

Zdecydowanie Lovely - Pump up curling, bo jak to mówi stare dobre powiedzenie: skoro nie trzeba, to po co przepłacać? Mimo, że produkty według mojej osobistej opinii są do siebie zbliżone, za wygraną Lovely przeważa naprawdę dobra cena, łatwiejsza aplikacja i trochę lepsza odporność na rozpływanie się tuszu. Na przestrzeni całego czasu kiedy używałam obu tuszy, w końcu zauważyłam, że malując się, chętniej sięgam właśnie po Pump up, niż po Colosal volume. Jeśli poszukujecie fajnego, dobrego, nieosypującego się tuszu i nie macie określonej kwoty do wydania na takowy, możecie śmiało pozwolić sobie na Maybelline. Jednak nie każda kobieta jest zwolenniczką droższych tuszów, a Maybelline według mnie raczej już do takich się zalicza (choć wiem, że są też droższe!). Tak więc jeśli któraś z Was poszukuje dobrego i niedrogiego tuszu, polecam z czystym sumieniem mascarę Pump up curling od Lovely.
Czy kupię Lovely - Pump up curling ponownie? Zdecydowanie tak i powiem szczerze, że nie wiem, czy kupię jeszcze kiedyś tusz z Maybelline.