środa, 24 maja 2017

Nudny smartfon - reanimacja! || Samsung Galaxy S5

Życie jest nieco złośliwym wytworem, który niesamowicie lubi robić nam na złość. Właśnie dziś, kiedy postanowiłam, że muszę zrobić nowe zdjęcia stylizacji, zaczęło padać. Świetnie! Przecież tak dawno nie padało... I tak rozpłynął się mój plan, nad czym ubolewam, bo po ostatnich wpisach na pewno macie dość podróżniczej tematyki. Już nie wspomnę o tym, że w zanadrzu czekają jeszcze co najmniej dwa posty z wyjazdów. Ale póki co na chwilę zostawię to w spokoju, bo w końcu co za dużo to nie zdrowo. :)
Dziś przychodzę z relaksacyjnym postem z serii dla ciekawskich, a mianowicie wpisem o moich case'ach na telefon. Case (czy etui, jak zwał tak zwał) jest prostym, szybkim, a co najważniejsze tanim sposobem na urozmaicenie wyglądu telefonu. Bo któż z nas nigdy nie zaznał uczucia znudzenia się szarym, zwyczajnym wyglądem naszego smartfona? Myślę, że każdy z nas gdzieś tam, kiedyś odczuł powiew rutyny względem tego, a takie etui to świetny sposób ażeby to zmienić. Niedawno przeżyłam kryzys związany z posiadanym przeze mnie już od dłuższego czasu Samsungiem Galaxy S5. Doszłam do wniosku, że po tym czasie jaki go użytkuję, znając już jego możliwości i poznając jego funkcje w różnych sytuacjach, zdecydowanie nie spełnia on już moich wymagań. Głównie mówię tutaj o aparacie fotograficznym, bo na to głównie zwracam uwagę. Mały wpływ na wybierany przeze mnie telefon mają gadżety typu czytnik linii papilarnych lub pulsomierz i inne takie. Nawet z tego nie korzystam. Nacisk kładę głównie właśnie na aparat fotograficzny, a w przypadku mojego Samsunga stwierdzam, że wybór był niezbyt trafiony. Tłumaczę sobie to jednak tym, że kupując go po pierwsze nie miałam zbyt dużej kwoty pieniędzy, po drugie nie bardzo miałam z kim skonsultować mój wybór, a na tego typu sprzęcie znam się jak... hiphopowiec na balecie. :) W każdym razie zaczęły się poszukiwania nowego modelu, szperanie, grzebanie, tym razem z magiczną pomocą znawcy i pojawił się telefon, którym zdecydowanie jestem zainteresowana! Ostatecznie jednak jak na teraz zapadła decyzja, że póki umowa abonamentowa, którą podpisałam nie będzie się zbliżać ku końcowi, zostaję przy moim Samsungu Galaxy S5.
I tak pozostałam ja i mój nudny Samsung, którego szczerze mówiąc czasem mam serdecznie dość. Jednak do końca umowy mam jeszcze dłuższą chwilę, więc postanowiłam, że muszę sobie urozmaicić czas oczekiwania i sprawić sobie jakieś kolorowe ubranka na mojego staruszka. Schody zaczęły się kiedy się okazało, że w wielu miejscach nie można kupić nic oryginalnego na mój model telefonu. Wtedy pomyślałam o znanym wszystkim Alliexpress. Na Allie znajdziemy naprawdę ogromny wybór case'ów, z różnymi wzorami, gładkich, gumowych, plastikowych. Jest mnóstwo możliwości, do tego stopnia, że kiedy zaczęłam przeglądać oferty to po chwili sama nie wiedziałam na co się zdecydować! Po dłuższym czasie spędzonym na wertowaniu stron wybrałam kilka modeli - w tym dwie sztuki plastikowych etui z pływającym brokatem w środku, bajer! Zobaczcie co ciekawego wyszukałam. :)










LINKI DO AUKCJI: stokrotki & arbuzy || kaktusy & kot meow || lustrzane || z uszami || plastikowe gładkie || plastikowe w jednorożce

środa, 17 maja 2017

Podróżnicza Polska: Kopalnia soli w Wieliczce

Zapewne spora część z Was kopalnię soli w Wieliczce kojarzy jeszcze z przedszkola, czy szkoły podstawowej, bo na tym etapie edukacji jest ona dość popularnym kierunkiem wielu wycieczek klasowych. Ja sama oczywiście znałam tę kopalnię, ale bardziej ze słyszenia. Aż ciężko w to uwierzyć, ale mimo tego, że mieszkam w Krakowie, który leży w bliskim sąsiedztwie Wieliczki, nigdy nie byłam w tamtejszej kopalni - aż do minionej soboty. Pomysł na taką wycieczkę był dość spontaniczny, ale szczerze powiedziawszy to na tak koszmarną pogodę jaka panowała w ostatnich tygodniach, spędzenie dnia sto metrów pod ziemią, wydało mi się naprawdę dobrym pomysłem. Po rozeznaniu terenu okazało się, że do wyboru są trzy trasy: turystyczna, górnicza, a także trasa o wdzięcznej nazwie Tajemnice wielickiej kopalni. Decyzja padła oczywiście na turystyczną, ale także na górniczą. Jeśli chodzi o trzecią - najdłuższą i najtrudniejszą trasę - takie przejście odbywa się tylko dwa razy w miesiącu i wymaga rezerwacji z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Myślę jednak, że i na Tajemnice wielickiej kopalni trafimy. :) W dzisiejszym poście skupię się głównie na trasie turystycznej i późniejszych odwiedzinach w muzeum żupy krakowskiej, gdyż z trasy górniczej nie mam żadnych zdjęć. Dlaczego? O tym będzie można przeczytać w dalszej części relacji. Nadmienię też, że skupię się tylko na elementach trasy, które mnie najbardziej utkwiły w pamięci. Zapraszam! :)


CO, GDZIE, JAK I DLACZEGO, CZYLI O TRASIE TURYSTYCZNEJ

Trasa turystyczna to najczęstsza i najpopularniejsza forma zwiedzania kopalni soli w Wieliczce. Nie mam pojęcia czy jest możliwość przebycia jej bez przewodnika, ale chyba nie, a nawet jeśli to zdecydowanie polecam opcję z przewodnikiem. Koszt takiego zwiedzania to 55 PLN za każdą z tras, jednak my kupowaliśmy bilety w pakiecie na obie trasy i zapłaciliśmy 100 PLN od osoby. Fajną sprawą jest to, że jest możliwość rezerwacji biletów on-line, dzięki czemu po pierwsze możemy zaplanować dokładnie swoją wycieczkę, a po drugie unikamy niebotycznych tłumów! Ze swojej strony mogę polecić godziny zwiedzania poranne, najlepiej najwcześniejszy termin, dzięki czemu unikamy na trasie tłumów, a i uczestników lubi być mniej - nas było tylko pięć osób. Trasa turystyczna jest dość lekka, w większości prowadząca po płaskim terenie i tylko gdzie nie gdzie zmusza nas do schodzenia, czy wychodzenia po schodach. Dodatkowo warto jest wspomnieć, że w tej opcji jest możliwość zwiedzania dla osób niepełnosprawnych. Czas przejścia takiej trasy to de facto około półtorej do dwóch godzin.


SZYB DANIŁOWICZA

Cała wycieczka zaczyna się w Szybie Daniłowicza. Stąd wyrusza każda grupa, pokonując na początek 54 poziomy piękną, drewnianą klatką schodową, a nie jak niegdyś windą (opcja dla osób niepełnosprawnych przewiduje zjazd windą). Widok pomiędzy schodami w dół robi piorunujące wrażenie, jednak nie polecam go podziwiać osobom z lękiem wysokości.







Rzeźby solne - Mikołaj Kopernik w komorze kopalni nazwanej jego imieniem i nazwiskiem, oraz znana z legendy scena, kiedy to książę wręcza św. Kindze wrzucony wcześniej przez nią pod ziemię pierścionek zaręczynowy, który przewędrował do Polski z Węgier i został znaleziony w pierwszej wydobytej w Wieliczce bryle soli.


Skarbki - dobre duchy kopalni, które według legendy pomagały górnikom w pracy. Oczywiście po skończeniu przez nich dniówki i ich wyjeździe na powierzchnię... :)


KAPLICA ŚWIĘTEJ KINGI

Według mnie to chyba najpiękniejszy punkt z całej trasy. To miejsce od pierwszego wejrzenia zrobiło na mnie ogromne wrażenie. W tym miejscu wszystko co nas otacza jest solą - ściany, sufit, posadzka, rzeźby na ścianach, ołtarz, a i lampy - stelaż wykonany z drewna, a kryształki są solne. To niesamowite jak wiele można zrobić z takiego zwykłego dla nas surowca jak sól. Z ciekawostek dotyczących kaplicy - jest możliwość zorganizowania w niej zaślubin. Wyjątkowe miejsce!







KOMORA MICHAŁOWICE

Komora, która zaskakuje. W tym miejscu świetnie uwidocznione są konstrukcje, które mają za zadanie podtrzymywać strop wyrobiska. Ciągnące się na kilka metrów w górę belki drewniane, jeszcze pomalowany na kontrastowy kolor biały, robią piorunujące wrażenie. W tym miejscu byłam pod wrażeniem, że taki mały, niepozorny człowiek, potrafi stworzyć coś takiego.







Kolejną atrakcją jest to, że można posilić się w podziemnej kopalnianej restauracji, która oferuje nie tylko przekąski, ale także pełne obiady i desery. Jedzenie jest dobre i jeśli chodzi o zestawy obiadowe to w rozsądnych cenach, jednak to co nas zszokowało to znany wszystkim 7 Days w cenie 7 PLN... Marża marżą, ale to już lekka przesada. Całość trasy kończy się w Komorze Wisła, skąd można zadecydować o wyjeździe na powierzchnię albo dalszym zwiedzaniu. W tym punkcie my zdecydowaliśmy się na zwiedzenie dodatkowo muzeum żup krakowskich (żupy krakowskie były przedsiębiorstwem, które składało się z kopalni soli w Wieliczce i Bochni). Tutaj sytuacja się nieco komplikuje, gdyż wyjście z przewodnikiem na takie zwiedzanie odbywa się w nieregularnych odstępach czasowych i niestety trzeba spędzić dość sługi czas w oczekiwaniu na dołączenie się do grupy zorganizowanej. Nam jednak ostatecznie się udało i tak przedłużyliśmy swoją wycieczkę o około godzinę.


MUZEUM ŻUP KRAKOWSKICH

Tak jak wspomniałam wyżej, zwiedzanie muzeum wydłuża czas zwiedzania o około godzinę, jednak myślę, że warto się poświęcić. W tej części trasy możemy zobaczyć wiele ciekawych eksponatów i instalacji - między innymi rury, którymi transportowana była solanka, sprzęty górnicze, czy też makietę Wieliczki sprzed paru wieków. Dodatkowo zaraz przy wejściu na trasę muzealną trafiamy do przepięknej kaplicy, a później mamy okazję zobaczyć dworzec podziemnej kolejki, którą przejazd już niebawem ma zostać włączony jako element zwiedzania. W gablotach zobaczymy kaganki górnicze, odświętne stroje, a na obrazach przedstawiony został np. sposób spuszczania koni do kopalni. Tutaj w ramach ciekawostki powiem, że ostatni koń wyjechał z kopalni w 2002 roku, a więc wcale nie tak dawno! :) Kończąc trasę turystyczną zwiedzaniem muzeum, na powierzchnię wydostajemy się Szybem Regis. Niestety winda, którą wyjeżdżamy na powierzchnię jest nowoczesna, co zdecydowanie odbiera uroku. Nie ma to jak stara, skrzypiąca, górnicza winda!











CO, GDZIE, JAK I DLACZEGO, CZYLI O TRASIE GÓRNICZEJ

Drugą częścią naszej wycieczki była trasa górnicza, która zaczyna się i kończy w Szybie Regis. Tutaj według mnie frajda jest o wiele, wiele większa, z racji tego, że mamy okazję wczuć się w rolę prawdziwego górnika. Dostajemy własny kombinezon, kask, latarkę i pochłaniacz metanu i udajemy się na zwiedzanie zupełnie roboczej części kopalni, w kompletnych ciemnościach. Całą zabawę podbija fakt, że na początku wycieczki oprowadzający przydziela każdemu uczestnikowi odpowiednią rolę i później w zależności od otrzymanego stanowiska, wykonuje się na trasie zadania. Trasa jest świetnym kontrastem do trasy turystycznej i warto obie z nich odwiedzić jednego dnia. Na trasie górniczej dowiadujemy się wielu ciekawych faktów - jak mierzono niegdyś stężenie metanu, jak wykonywane są pomiary zapadania się komór i korytarzy, a także jak wygląda zupełnie zniszczone wzmocnienie solnych wydrążeń. Tutaj mamy też okazję pchać wózeczek z solą, a także rozbijając bryły surowca, zabrać na pamiątkę kilka kawałków. Trasę dopełnia także możliwość przejścia po szklanej podłodze, nad kilkudziesięciometrową przepaścią komory, która znajduje się poziom niżej. Niesamowite przeżycie, które uzmysławia jak zbudowana jest kopalnia. Trasę górniczą oceniam jako świetną i zdecydowanie wartą 55 PLN. Jest to zupełnie nowe i inne od trasy turystycznej przeżycie. Niestety żadnych zdjęć z tej części wycieczki nie mam, z wiadomych przyczyn. Jeśli jednak kiedyś wybierzecie się do kopalni soli w Wieliczce - polecam trasę górniczą!

niedziela, 14 maja 2017

Europejska majówka: Kawałek włoskiego wybrzeża i Padwa

W tej chwili zapewne większość z Was, Czytelników bloga, jest w niemałym szoku - w końcu zniknęłam stąd na kilka dobrych miesięcy. Sama jestem zdziwiona, że tak długo mnie tutaj nie było. Nawet nie wiem kiedy ten czas upłynął, bo tak wiele różnych rzeczy zadziało się w moim życiu, że trochę straciłam rachubę. To dość niezwykłe jak w kilka miesięcy naszego życia, cały świat potrafi się zmienić o sto osiemdziesiąt stopni! Przez te miesiące bywało różnie - raz lepiej, raz gorzej (jednak z naciskiem na gorzej), niestety nawet pozytywne zmiany bywają bolesne. Ostatecznie jednak wszystko wyszło na prostą i nie zapeszając układa się idealnie. Myślę więc, że to dobry moment żeby wrócić do bloga, który był, jest i mam nadzieję, że będzie moją pasją. Bardzo liczę na to, że stabilność która wreszcie zapanowuje w moim życiu, pozwoli mi na prowadzenie bloga na pełnych obrotach! :)

SŁOWEM WSTĘPU

Jeśli ktoś czyta mojego bloga od dłuższego czasu, to zapewne pamięta moje wpisy o moim pierwszym wyjeździe do Włoch dokładnie rok temu. Jeśli nie to serdecznie zapraszam do prześledzenia moich postów z mini serii o Mini włoskich wakacjach: część 1 || część 2 || część 3, gdzie przeczytacie między innymi o tym co zwiedzić w jeden dzień w Weronie oraz jak bez samochodu odwiedzić miasteczka nad pięknym alpejskim jeziorem Como. Tymczasem słowo się rzekło i przez zgubiony paszport jednego z członków planowanej rodzinnej majówki w Chorwacji, trafiliśmy...właśnie do Włoch! :) Udało mi się więc spełnić moje solenne obietnice o powrocie do tego kraju, za co wszyscy (a ja szczególnie!) jesteśmy wdzięczni. I tak, mimo niefortunnej sytuacji ze zgubionym paszportem, który swoją drogą ostatecznie się odnalazł, zrobiła się słoneczna majówka, w trakcie której wszyscy uczestnicy spełnili swoje marzenia. Ale o tym w kolejnym poście, a teraz zapraszam do lektury!



GRADO

Włochy są piękne! Już zaraz po przekroczeniu granicy, zmierzając ku miejscu przeznaczenia, można podziwiać przepiękne krajobrazy z ośnieżonymi Alpami w tle. Z racji szybkiej zmiany planów i pospiesznego szukania miejsca przeznaczenia, trafiliśmy na camping obok miejscowości Grado, położonej tuż nad brzegiem Adriatyku. Mieliśmy okazję zaznać istnie letniego klimatu, gdyż nocowaliśmy w uroczych bungalowach. Być może nie był to pięciogwiazdkowy hotel, ale śniadania na werandzie domku, nic nie zastąpi. Dodatkowo muszę tutaj nadmienić, że camping położony był tuż przy morzu, dzięki czemu po paru minutkach spaceru, przed oczyma ukazywała się plaża. W samym centrum Grado byliśmy tylko w pierwszy wieczór. Przespacerowaliśmy się uroczymi uliczkami, promenadą nadmorską, a na koniec zjedliśmy prawdziwą włoską pizzę. Po kolejnej degustacji tej potrawy, u źródła jej powstania, potwierdzam swoją opinię, że nie jest ona niedobra, jednak wielkiego wrażenia też nie robi.







MONFALCONE

Drugi dzień naszego pobytu spędziliśmy bardzo leniwie - po podróży wstaliśmy dość późno, spokojnie zjedliśmy śniadanie na świeżym powietrzu w towarzystwie mew, które z wyjątkową pasją kradły nasze wiktuały, a później wyruszyliśmy w kierunku Triestu. Celem przeznaczenia jednak było małe miasteczko Monfalcone, położone również na brzegu morza, a nie Triest, który bardzo chciałam odwiedzić... Następnym razem! W Monfalcone celem do zdobycia była fortyfikacja Rocca di Monfalcone, położona na dość wysokim wzgórzu. Dzięki wysokości, rozciągnął się przed nami widok na całe miasto oraz port. Dodatkowo wychodząc na budowlę, można było oglądnąć rozległą panoramę - port w Trieście, kawałek wybrzeża włoskiego i słoweńskiego, zaś po drugiej stronie pięknie ośnieżone Alpy. A pod stopami... jaszczurki wygrzewające się w słońcu, których podczas wyjazdu spotkaliśmy mnóstwo. Wieczór spędziliśmy spokojnie, relaksacyjnie, spacerując po plaży w Grado i zbierając muszelki. Niektórzy nawet śmiałkowie odważyli się na kąpiel w Adriatyku. Ja wolałam pomoczyć tylko stopy, zbierać muszelki (których w przeciwieństwie do polskich plaż było tam mnóstwo) i obserwować zapychające po dnie bokiem kraby.





















PADWA

Kolejny dzień naszej majówkowej rodzinnej wycieczki przeznaczony został na znaną na pewno wszystkim i kojarzoną szczególnie z osławionego uniwersytetu, Padwę. Niestety to miasto nie przywitało nas zbyt optymistycznie, co szczególnie zaakcentowało deszczem, a dodatkowo trudnością w znalezieniu odpowiedniego lokalu na obiad dla zgłodniałych podróżników. Były też dwie inne rzeczy a mianowicie po pierwsze w mieście odbywał się chyba jakiś europejski kiermasz, przez co najładniejsza część miasta - główny plac - wyglądał jak mini pobojowisko zastawione straganami. Po drugie w Padwie odbywało się chyba jakieś dość ważne, hinduskie święto, gdyż na ulicach mnóstwo było Hindusów, tańczyli, śpiewali, grali i jedli swoje narodowe potrawy. To było ciekawe doznanie zobaczyć taki inną kulturę, w takich okolicznościach. Nie wiem właściwie dlaczego, ale nie dotarliśmy do gwoździa programu, czyli uniwersytetu - zobaczyliśmy za to katedrę w centrum miasta. I minus dla Padwy, w której miałam plan zjeść wreszcie włoski makaron, a którego niestety zabrakło - jak mogło zabraknąć makaronu we Włoszech?!















PRZYDATNE INFORMACJE


TRANSPORT: Tym razem będzie to perspektywa podróżnika-wygodnika, bo poruszaliśmy się samochodami. Droga z Krakowa do Grado zajęła nam średnio dwanaście godzin, oczywiście z przerwami licząc, a przejechaliśmy łącznie w jedną stronę około tysiąc kilometrów. Ważnym aspektem jest to, że chcąc jechać trasą przez Czechy, Austrię i potem dużą część Włoch, trzeba liczyć się z kosztami: dla Czech winieta, dla Włoch odpowiednio płatne odcinki autostrad. Jeśli chodzi o drogę z Polski jak i powrotną do Polski, nie jestem w stanie przytoczyć żadnych kwot. Jedyne co mogę tutaj zarysować to koszt przejazdu autostradą pomiędzy Grado, a Padwą i z powrotem (około 200 km) - wynosił on około 12 Euro w jedną stronę. Włoskie autostrady nie należą do tanich, przynajmniej kiedy przeliczymy kwoty na Polskie Złote.


NOCLEG: Tak jak już wyżej wspomniałam, nocowaliśmy na campingu Villaggio Europa obok miejscowości Grado. Konkretny link do campingu TUTAJ. Miejsce to mogę szczerze polecić! Standard mieszkania może być różny, bo camping oferuje różnego rodzaju domki, możliwość przyjazdu z własną przyczepą, a także namiotem. Camping jest ogromny (3200 miejsc!!!) i dysponuje własnym marketem, restauracją, boiskiem do gry w piłkę. Z tego co zdążyłam się zorientować od szwagra (pozdrawiam!), to nocleg w bungalowie w średnim standardzie, z łazienką, w pięć osób, wyniósł około 14 Euro za noc, za osobę. Tutaj należy pamiętać, że jest to kwota poza sezonem, jednak myślę, że ceny w sezonie też nie są rujnujące. Dodam, że nasz domek miał czystą łazienkę z prysznicem, kuchnię z kompletem garnków i sztućców, klimatyzację z możliwością dogrzania lub oziębienia wewnątrz. Mogę Wam to miejsce szczerze polecić!


JEDZENIE I ZWYCZAJE: Jeśli chodzi o nasz wyjazd i jedzenie, o którym chciałabym tutaj napisać, to nie było to jakoś niesamowicie urozmaicone. W dużej mierze jedliśmy to co przywieźliśmy z Polski - o tak, nie ma to jak wyjechać do Włoch i wcinać bigos! :) Jednak parę razy zahaczyliśmy się w restauracji i z moich obserwacji wynika, że za makaron czy pizzę, w zależności od standardu miejsca, musimy zapłacić średnio od 7 do 10 Euro. Zaznaczę, że porcje nie są zbyt solidne, z racji tego, że zwyczaje żywieniowe u Włochów są nieco inne. Na przykład zamawiając pizzę należy brać pod uwagę, że jest to porcja dla jednej osoby. Ciekawą kwestią we włoskich restauracjach jest tzw. coperto, które to jest swojego rodzaju zapłatą za obsługę, przekąskę przed posiłkiem ect. i wynosi około 1,5 - 2 Euro od osoby. Warto też pamiętać, że we Włoszech kultywowany jest głównie zwyczaj picia kawy, przez co w wielu miejscach herbaty w ogóle nie dostaniemy. Sama zaś kawa to również ważna kwestia, gdyż zamawiając black coffee, nie spodziewajcie się wielkiej szklanki czarnej kawy, a raczej dwa łyczki espresso w malutkim kubeczku lub filiżance. :)