niedziela, 14 maja 2017

Europejska majówka: Kawałek włoskiego wybrzeża i Padwa

W tej chwili zapewne większość z Was, Czytelników bloga, jest w niemałym szoku - w końcu zniknęłam stąd na kilka dobrych miesięcy. Sama jestem zdziwiona, że tak długo mnie tutaj nie było. Nawet nie wiem kiedy ten czas upłynął, bo tak wiele różnych rzeczy zadziało się w moim życiu, że trochę straciłam rachubę. To dość niezwykłe jak w kilka miesięcy naszego życia, cały świat potrafi się zmienić o sto osiemdziesiąt stopni! Przez te miesiące bywało różnie - raz lepiej, raz gorzej (jednak z naciskiem na gorzej), niestety nawet pozytywne zmiany bywają bolesne. Ostatecznie jednak wszystko wyszło na prostą i nie zapeszając układa się idealnie. Myślę więc, że to dobry moment żeby wrócić do bloga, który był, jest i mam nadzieję, że będzie moją pasją. Bardzo liczę na to, że stabilność która wreszcie zapanowuje w moim życiu, pozwoli mi na prowadzenie bloga na pełnych obrotach! :)

SŁOWEM WSTĘPU

Jeśli ktoś czyta mojego bloga od dłuższego czasu, to zapewne pamięta moje wpisy o moim pierwszym wyjeździe do Włoch dokładnie rok temu. Jeśli nie to serdecznie zapraszam do prześledzenia moich postów z mini serii o Mini włoskich wakacjach: część 1 || część 2 || część 3, gdzie przeczytacie między innymi o tym co zwiedzić w jeden dzień w Weronie oraz jak bez samochodu odwiedzić miasteczka nad pięknym alpejskim jeziorem Como. Tymczasem słowo się rzekło i przez zgubiony paszport jednego z członków planowanej rodzinnej majówki w Chorwacji, trafiliśmy...właśnie do Włoch! :) Udało mi się więc spełnić moje solenne obietnice o powrocie do tego kraju, za co wszyscy (a ja szczególnie!) jesteśmy wdzięczni. I tak, mimo niefortunnej sytuacji ze zgubionym paszportem, który swoją drogą ostatecznie się odnalazł, zrobiła się słoneczna majówka, w trakcie której wszyscy uczestnicy spełnili swoje marzenia. Ale o tym w kolejnym poście, a teraz zapraszam do lektury!



GRADO

Włochy są piękne! Już zaraz po przekroczeniu granicy, zmierzając ku miejscu przeznaczenia, można podziwiać przepiękne krajobrazy z ośnieżonymi Alpami w tle. Z racji szybkiej zmiany planów i pospiesznego szukania miejsca przeznaczenia, trafiliśmy na camping obok miejscowości Grado, położonej tuż nad brzegiem Adriatyku. Mieliśmy okazję zaznać istnie letniego klimatu, gdyż nocowaliśmy w uroczych bungalowach. Być może nie był to pięciogwiazdkowy hotel, ale śniadania na werandzie domku, nic nie zastąpi. Dodatkowo muszę tutaj nadmienić, że camping położony był tuż przy morzu, dzięki czemu po paru minutkach spaceru, przed oczyma ukazywała się plaża. W samym centrum Grado byliśmy tylko w pierwszy wieczór. Przespacerowaliśmy się uroczymi uliczkami, promenadą nadmorską, a na koniec zjedliśmy prawdziwą włoską pizzę. Po kolejnej degustacji tej potrawy, u źródła jej powstania, potwierdzam swoją opinię, że nie jest ona niedobra, jednak wielkiego wrażenia też nie robi.







MONFALCONE

Drugi dzień naszego pobytu spędziliśmy bardzo leniwie - po podróży wstaliśmy dość późno, spokojnie zjedliśmy śniadanie na świeżym powietrzu w towarzystwie mew, które z wyjątkową pasją kradły nasze wiktuały, a później wyruszyliśmy w kierunku Triestu. Celem przeznaczenia jednak było małe miasteczko Monfalcone, położone również na brzegu morza, a nie Triest, który bardzo chciałam odwiedzić... Następnym razem! W Monfalcone celem do zdobycia była fortyfikacja Rocca di Monfalcone, położona na dość wysokim wzgórzu. Dzięki wysokości, rozciągnął się przed nami widok na całe miasto oraz port. Dodatkowo wychodząc na budowlę, można było oglądnąć rozległą panoramę - port w Trieście, kawałek wybrzeża włoskiego i słoweńskiego, zaś po drugiej stronie pięknie ośnieżone Alpy. A pod stopami... jaszczurki wygrzewające się w słońcu, których podczas wyjazdu spotkaliśmy mnóstwo. Wieczór spędziliśmy spokojnie, relaksacyjnie, spacerując po plaży w Grado i zbierając muszelki. Niektórzy nawet śmiałkowie odważyli się na kąpiel w Adriatyku. Ja wolałam pomoczyć tylko stopy, zbierać muszelki (których w przeciwieństwie do polskich plaż było tam mnóstwo) i obserwować zapychające po dnie bokiem kraby.





















PADWA

Kolejny dzień naszej majówkowej rodzinnej wycieczki przeznaczony został na znaną na pewno wszystkim i kojarzoną szczególnie z osławionego uniwersytetu, Padwę. Niestety to miasto nie przywitało nas zbyt optymistycznie, co szczególnie zaakcentowało deszczem, a dodatkowo trudnością w znalezieniu odpowiedniego lokalu na obiad dla zgłodniałych podróżników. Były też dwie inne rzeczy a mianowicie po pierwsze w mieście odbywał się chyba jakiś europejski kiermasz, przez co najładniejsza część miasta - główny plac - wyglądał jak mini pobojowisko zastawione straganami. Po drugie w Padwie odbywało się chyba jakieś dość ważne, hinduskie święto, gdyż na ulicach mnóstwo było Hindusów, tańczyli, śpiewali, grali i jedli swoje narodowe potrawy. To było ciekawe doznanie zobaczyć taki inną kulturę, w takich okolicznościach. Nie wiem właściwie dlaczego, ale nie dotarliśmy do gwoździa programu, czyli uniwersytetu - zobaczyliśmy za to katedrę w centrum miasta. I minus dla Padwy, w której miałam plan zjeść wreszcie włoski makaron, a którego niestety zabrakło - jak mogło zabraknąć makaronu we Włoszech?!















PRZYDATNE INFORMACJE


TRANSPORT: Tym razem będzie to perspektywa podróżnika-wygodnika, bo poruszaliśmy się samochodami. Droga z Krakowa do Grado zajęła nam średnio dwanaście godzin, oczywiście z przerwami licząc, a przejechaliśmy łącznie w jedną stronę około tysiąc kilometrów. Ważnym aspektem jest to, że chcąc jechać trasą przez Czechy, Austrię i potem dużą część Włoch, trzeba liczyć się z kosztami: dla Czech winieta, dla Włoch odpowiednio płatne odcinki autostrad. Jeśli chodzi o drogę z Polski jak i powrotną do Polski, nie jestem w stanie przytoczyć żadnych kwot. Jedyne co mogę tutaj zarysować to koszt przejazdu autostradą pomiędzy Grado, a Padwą i z powrotem (około 200 km) - wynosił on około 12 Euro w jedną stronę. Włoskie autostrady nie należą do tanich, przynajmniej kiedy przeliczymy kwoty na Polskie Złote.


NOCLEG: Tak jak już wyżej wspomniałam, nocowaliśmy na campingu Villaggio Europa obok miejscowości Grado. Konkretny link do campingu TUTAJ. Miejsce to mogę szczerze polecić! Standard mieszkania może być różny, bo camping oferuje różnego rodzaju domki, możliwość przyjazdu z własną przyczepą, a także namiotem. Camping jest ogromny (3200 miejsc!!!) i dysponuje własnym marketem, restauracją, boiskiem do gry w piłkę. Z tego co zdążyłam się zorientować od szwagra (pozdrawiam!), to nocleg w bungalowie w średnim standardzie, z łazienką, w pięć osób, wyniósł około 14 Euro za noc, za osobę. Tutaj należy pamiętać, że jest to kwota poza sezonem, jednak myślę, że ceny w sezonie też nie są rujnujące. Dodam, że nasz domek miał czystą łazienkę z prysznicem, kuchnię z kompletem garnków i sztućców, klimatyzację z możliwością dogrzania lub oziębienia wewnątrz. Mogę Wam to miejsce szczerze polecić!


JEDZENIE I ZWYCZAJE: Jeśli chodzi o nasz wyjazd i jedzenie, o którym chciałabym tutaj napisać, to nie było to jakoś niesamowicie urozmaicone. W dużej mierze jedliśmy to co przywieźliśmy z Polski - o tak, nie ma to jak wyjechać do Włoch i wcinać bigos! :) Jednak parę razy zahaczyliśmy się w restauracji i z moich obserwacji wynika, że za makaron czy pizzę, w zależności od standardu miejsca, musimy zapłacić średnio od 7 do 10 Euro. Zaznaczę, że porcje nie są zbyt solidne, z racji tego, że zwyczaje żywieniowe u Włochów są nieco inne. Na przykład zamawiając pizzę należy brać pod uwagę, że jest to porcja dla jednej osoby. Ciekawą kwestią we włoskich restauracjach jest tzw. coperto, które to jest swojego rodzaju zapłatą za obsługę, przekąskę przed posiłkiem ect. i wynosi około 1,5 - 2 Euro od osoby. Warto też pamiętać, że we Włoszech kultywowany jest głównie zwyczaj picia kawy, przez co w wielu miejscach herbaty w ogóle nie dostaniemy. Sama zaś kawa to również ważna kwestia, gdyż zamawiając black coffee, nie spodziewajcie się wielkiej szklanki czarnej kawy, a raczej dwa łyczki espresso w malutkim kubeczku lub filiżance. :)









14 komentarzy

  1. Rewelacyjny wpis i cudowne zdjęcia ❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie tam,świetne zdjęcia. Nigdy tam nie byłam,ale na pewno tam kiedyś dotrę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Super zdjęcia. Aż zamarzyłam o tych lodach na samym dole.
    PS: Jeżeli coś obraca się o 360 stopni to wraca do puntu wyjścia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale piękne widoki!!!
    Cudowny blog :*
    Może wspólna obserwacja? :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspaniałe widoki. We Włoszek ostatni raz byłam 7 lat temu, oj muszę się tam ponownie wybrać ;) Wspaniałe miejsca, ludzie, jedzenie ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajnie, że wróciłaś. Bardzo dobrze napisany post, z pewnością tu wrócę:)
    POzdrawiam i zapraszam również do siebie

    OdpowiedzUsuń
  7. Dużo udało wam się pozwiedzać :) Super!
    http://gingerheadlife.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Zazdroszcze takiego wypadu i udanej majówki! :) cudna fotorelacja :)
    sensiblees.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Zdjęcia są genialne, aż chciałoby się odwiedzić te miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Pięknie... zazdroszczę. Zdjęcie z muszelkami i to nad <3 Pozdrawiam. Jestem tutaj.

    OdpowiedzUsuń
  11. ale tam jest pięknie :) !
    rewelacyjny blog <3 oby tak dalej!
    http://kaarollkaa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  12. Przepiękne zdjecia <3
    http://xthy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń